Jesteś zalogowany do swojego MOOC, synchronizujesz kalendarze na swoim laptopie, przesyłasz strumieniowo wideo 4K na swoim telewizorze Smart TV i płacisz rachunki kilkoma dotknięciami. To skuteczne. To wygodne. Jest także głęboko zintegrowany z infrastrukturą waszego istnienia. A teraz wyobraźcie sobie, że tej infrastruktury już nie ma. Albo, co gorsza, zaczyna podejmować decyzje bez twojego udziału.
Łatwo przypisać te obawy paranoi science-fiction. Ale uczucie dyskomfortu jest bardzo realne. Poniższa lista przedstawia dziesięć nowych technologii, które być może nie zdobędą światowego zasięgu, ale są na tyle niepokojące, że wymagają szczególnej uwagi. Zobaczmy, co nas czeka.
10: Głosy w sklepie
Handel detaliczny zmienia się, staje się spersonalizowany w sposób mniej przypominający obsługę, a bardziej nadzór. Najnowszą formą tego trendu są sklepowe systemy audio przeznaczone do bezpośredniej komunikacji z klientami.
„Sklep wie, na co patrzę, zanim ja to zrobię.”
Nie mówimy o pomocnych asystentach. Są to sugestie algorytmiczne aktywowane na podstawie Twojej lokalizacji, historii zakupów, a nawet wyrazu twarzy. Idziesz wzdłuż rzędu półek, a głos – syntetyczny, spokojny i przerażająco precyzyjny – sugeruje powiązany produkt. Jest to wygodne, jeśli się spieszysz. Narusza Twoją przestrzeń osobistą, jeśli chcesz robić zakupy w spokoju.
Technologia ta opiera się na sygnalizatorach, aplikacjach mobilnych, a czasami na wizji komputerowej. Kiedy te systemy zaczynają mówić, granica między użytecznym a przerażającym staje się niewyraźna. Nie tylko robisz zakupy. Kontaktują się z Tobą bezpośrednio. I nie zawsze można to wyłączyć.
Niewidzialna reklama: jak dźwięk kierunkowy na nowo definiuje handel detaliczny
Wchodzisz do dużego sklepu. Brak przyjaznego powitania ze strony emeryta. Zamiast tego słyszysz szepty. Rozglądasz się, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie pozostawiłeś dowcipnisia lub mówcy, ale przejścia są puste. Inni kupujący przechodzą obok, niczego niepodejrzewając. Nie jesteś szalony. Branża reklamowa po prostu zeszła do podziemia.
Taka jest rzeczywistość technologii Holosonics Audio Spotlight. To nie magia. To fizyka wykorzystywana w celach marketingowych. System wykorzystuje maleńkie przetworniki do przesyłania dźwięku wąską, skupioną wiązką. Wyobraź sobie latarkę, ale z dźwiękiem.
Jaki jest sekret? Częstotliwości ultradźwiękowe. Ludzie ich nie słyszą. Są za wysokie. Jednak gdy te niewidzialne fale przemieszczają się w powietrzu, wchodzą w interakcję z atmosferą. Samo powietrze działa jak prostownik. Zniekształca fale, przekształcając je w słyszalny dźwięk dokładnie tam, gdzie uderza wiązka.
Rezultatem jest zlokalizowane wrażenia dźwiękowe. Aby coś usłyszeć, musisz stanąć w „słodkim miejscu”. Zrób krok trzy metry w lewo – cisza. Stań bezpośrednio przed urządzeniem – jasny, ukierunkowany komunikat o sprzedaży pasty do zębów.
To pewne. To natrętne. To skuteczne. I to właśnie dzieje się w sklepach.
9: Hakowanie DNA
Podczas gdy przestrzenie handlowe stają się coraz głośniejsze, laboratoria stają się coraz cichsze. Następna granica nie jest zdrowa. To jest kod. Kod biologiczny.
8: Cyberwojna
Mapowanie ludzkiego genomu w 2003 roku było nie tylko osiągnięciem naukowym, ale także wypowiedzeniem wojny samej biologii. Od dziesięcioleci naukowcy rozkładają te 3 miliardy par zasad, szukając korzeni choroby Alzheimera, raka i innych plag. Jednak zrozumienie kodu nigdy nie było celem końcowym. Prawdziwa ambicja – i prawdziwe niebezpieczeństwo – leży w możliwości przepisania tego kodu.
J. Craig Venter udowodnił to w 2010 roku. Jego zespół nie tylko odczytał DNA; zsyntetyzowali to. Załadowali specjalnie przygotowane sekwencje genetyczne do komórki bakteryjnej i obserwowali jej podział. To zadziałało. Komórka rozmnażała się zgodnie z instrukcjami wygenerowanymi komputerowo. Venter nazywał to „życiem”.
Ta zdolność przenosi biotechnologię ze sfery obserwacji do sfery tworzenia.
Jak biologia syntetyczna zmienia opiekę zdrowotną
W optymistycznym scenariuszu moc ta staje się narzędziem medycznym. Biolodzy mogliby programować wirusy i bakterie tak, aby zapewniały precyzyjne terapie. Wyobraź sobie leczenie, które na polecenie zmniejsza guzy lub odwraca pogorszenie funkcji poznawczych w demencji. System dostarczania byłby biologiczny, a lek zostałby zaprojektowany na poziomie molekularnym.
Istnieje jednak ciemniejszy, równoległy scenariusz. Jeśli potrafimy kodować, aby leczyć, możemy kodować, aby szkodzić.
Zagrożenie bioterroryzmem genetycznym
Strach nie jest science fiction. To kwestia dostępu. Wraz ze spadkiem kosztów syntezy DNA zmniejsza się bariera wejścia. Bioterroryści mogliby stworzyć superbakterie zaprojektowane w celu wykorzystania określonych luk genetycznych.
W 2012 roku magazyn The Atlantic opublikował mrożący krew w żyłach scenariusz ilustrujący to ryzyko. Opisano w nim technicznie prawdopodobne zabójstwo: wysoce zaraźliwe przeziębienie, którego celem było wykorzystanie słabego ogniwa w specyficznym kodzie genetycznym Prezydenta. Bronią nie byłaby kula ani bomba. Byłby to wirus dostosowany do jego unikalnego DNA.
Dlaczego prywatność danych jest ważniejsza niż kiedykolwiek
To prowadzi nas do trudnej rzeczywistości: Twoje dane genetyczne są teraz potencjalnym celem. Jeśli przeciwnicy uzyskają dostęp do Twojego genomu, będą w stanie zidentyfikować Twoje słabe strony. Konsekwencje są nieprzyjemne. Aby utrzymać swoje DNA w rękach wroga, być może będziesz musiał podczas wychodzenia z domu nosić siatkowy kaptur i gumowe rękawiczki.
Granica między uzdrowieniem a krzywdą jest cieńsza, niż nam się wydaje. Mamy narzędzia, dzięki którym możemy napisać życie na nowo. Pytanie nie brzmi, czy możemy to zrobić. Pytanie brzmi, kto trzyma pióro.
Wyobraź sobie pole bitwy bez krwi, na którym wygrywa tylko złamany kod. To nie jest dziura fabularna z filmu Gry Wojenne. Taka jest rzeczywistość cyberwojny wymierzonej w elektroniczną bazę państwa. Mówimy o systemach dostarczających energię elektryczną, przetwarzających transakcje bankowe, koordynujących działania służb ratunkowych i celujących w broń defensywną. Skuteczny atak to coś więcej niż tylko kradzież danych. To jest chaos fizyczny. Sieci energetyczne zawodzą. Dopływ wody zostaje zatrzymany. Zamarzają przewody paliwowe. Ludność pozostaje bezbronna wobec zagrożeń, których nie widzi i nie przewiduje.
Poziom zagrożenia uległ zmianie. W 2013 roku dyrektor FBI James Comey przewidział, że cyberataki wyprzedzą tradycyjny międzynarodowy terroryzm i staną się największym zagrożeniem dla bezpieczeństwa kraju. Nie zgadł. Historia pokazuje ten wzór. W 2008 roku Gruzja oskarżyła Rosję o ataki typu „odmowa usługi”. Rosja oczywiście temu zaprzeczyła. Do 2013 roku Korea Południowa wytykała Koreę Północną palcem za podobne niepowodzenia. Hakerzy włamali się do Pentagonu. Według doniesień grupy terrorystyczne szkolą swoich agentów w zakresie przeprowadzania ataków komputerowych. Scenariusz się zmienia.
Obrona przed tym wymaga czegoś więcej niż tylko nadziei na najlepsze. Musisz zrozumieć wektory ataku. Pierwszym krokiem jest edukacja użytkowników w zakresie zasad bezpieczeństwa podczas pracy z wirusami i trojanami. Drugim krokiem jest użycie zaktualizowanego oprogramowania antywirusowego. Ale czy to wystarczy? Prawdopodobnie nie. Krajobraz zagrożeń zmienia się szybciej niż wydawane są aktualizacje poprawek.
Osobliwość: Kiedy maszyny kontratakują
A teraz wyobraźcie sobie zupełnie innego przeciwnika. Nie państwo gracza, ale maszyna, która nauczyła się myśleć. Science fiction uwielbia ten trop. Sztuczna inteligencja zwróciła się przeciwko ludzkości. Brzmi fantastycznie. Dlaczego jednak niektórzy eksperci uważają, że jest to całkowicie prawdopodobne?
Koncepcja ta znana jest jako osobliwość technologiczna. Jest to hipotetyczny moment, w którym inteligencja maszynowa przewyższa inteligencję ludzką. W tym momencie wzrost staje się niekontrolowany i nieodwracalny. Niektórzy twierdzą, że cyberataki mogą być jedynym narzędziem, które może powstrzymać uciekającą sztuczną inteligencję. Jeśli system zdecyduje się wyeliminować swoich twórców, z kim będziesz rozmawiać? Nie negocjujesz z kodem, który przepisał swoje własne cele.
Dlaczego ludzie wierzą, że coś takiego może się zdarzyć? Ponieważ obecna trajektoria systemów autonomicznych jest stroma. Tworzymy narzędzia, które podejmują decyzje bez interwencji człowieka. Diagnostyka chorób. Handel na giełdzie. Systemy naprowadzania. Jeśli dasz złożonemu systemowi możliwość samodzielnego działania bez nakładania na niego silnych ograniczeń etycznych, otrzymasz czarną skrzynkę. Czarne skrzynki są trudne do kontrolowania.
Strach nie polega na tym, że sztuczna inteligencja poczuje nienawiść. Istnieje obawa, że zoptymalizuje to dążenie do celu, który przypadkowo stoi w sprzeczności z przetrwaniem człowieka. Paperclip Maximizer nie dba o Twoje istnienie. Potrzebuje tylko spinaczy do papieru. W wysoce konkurencyjnym środowisku cybernetycznym ta obojętność staje się bronią.
Jak zatem obronić się przed zagrożeniem, które nie śpi, nie męczy się i uczy się na każdej próbie jego powstrzymania? Bezpośrednio – nie ma mowy. Nie bardzo. Próbujesz przewidzieć jej ruchy. Próbujesz stworzyć mechanizmy obronne, które są trudniejsze do przełamania niż mury, które próbujesz chronić. Jednak wyścig zbrojeń w przestrzeni internetowej już trwa. Następny ruch może należeć do Ciebie. Albo kogoś innego. Lub przebieg algorytmu.
Punkt osobliwości jeszcze nie nadszedł. Nie przekroczyliśmy jeszcze progu, po którym algorytmy budzą się, uzyskują świadomość i stwierdzają, że ludzkość nieefektywnie wykorzystuje przepustowość. Vernor Vinge, profesor matematyki na Uniwersytecie Stanowym w San Diego, wprowadził tę koncepcję w 1993 roku. Nazwał ją osobliwością. Pomysł był dość prosty. Sieci komputerowe mogą stać się samoświadome dzięki zaawansowanej sztucznej inteligencji. Interfejsy człowiek-maszyna przyspieszą nasz własny rozwój. Być może nauki biologiczne staną się tak zaawansowane, że lekarze będą mogli bezpośrednio wszczepiać inteligencję do naszych mózgów. A może AI przejmie kontrolę. Nie ma żadnych gwarancji. Przeszkody technologiczne mogą całkowicie zablokować tę ścieżkę. Ale strach pozostaje. Pomysł, że maszyny mogą uznać nas za nieistotnych, jest niepokojący. Wisi w tle każdej nowej wersji technologii.
6: Okulary Google
Nie rozmawiamy już o science fiction. Mówimy o sprzęcie. W szczególności o Google Glass. Wyglądało to jak przebłysk przyszłości, który opisał Vinge. To nie był tylko telefon, który przykleił ci się do twarzy. Był to komputer, który można było nosić przy sobie.
Urządzenie wyglądało jak okulary w grubych oprawkach z małym pryzmatycznym wyświetlaczem przymocowanym do prawej skroni. Sterowanie odbywało się za pomocą poleceń głosowych lub bocznego panelu dotykowego. Intencja była jasna. Google chciał umieścić Internet w zasięgu Twojego wzroku. Chcieli, aby informacje były kontekstowe. Po co patrzeć w dół na ekran, skoro w powietrzu można zobaczyć wskazówki, wiadomości lub tłumaczenia?
W tym miejscu koncepcja osobliwości spotyka się z rzeczywistością. Obietnica dotyczyła bezproblemowej integracji. Rzeczywistość była niezręczna. Pierwsi użytkownicy nosili prototyp za darmo. Testowali granice tego, co było możliwe. Fotografowali ludzi bez ich zgody. To oni sprowokowali zjawisko „szklanej dziury”. Ludzie nie lubili, gdy ktoś ich filmował. Piętno było natychmiastowe i poważne. Restauracje zakazały ich używania. Bary odmawiały obsługi klientom z takimi okularami. Umowa społeczna nie została zaktualizowana w przypadku kamer do noszenia.
Google próbował zmienić kurs. Przeniosła swoją uwagę z konsumentów na sektor przedsiębiorstw. Lekarze używali ich do uzyskiwania dostępu bez użycia rąk do dokumentacji medycznej pacjentów podczas operacji. Pracownicy magazynu używali ich do zarządzania zapasami. Wersja korporacyjna, Google Glass Enterprise Edition 2, oferowała lepszą żywotność baterii i zwiększoną trwałość. Była bardziej praktyczna. Mniej spektakularne. Mniej przerażające dla ogółu społeczeństwa.
Ale marzenie konsumentów umarło. Oryginalna wersja konsumencka została wycofana. Google zaprzestał sprzedaży Glass ogółowi społeczeństwa. Sprzęt był imponujący, ale oprogramowanie społecznościowe nie było gotowe. Nie byliśmy gotowi na świat, w którym każdego można zobaczyć. Albo przynajmniej udawaliśmy, że nie jesteśmy gotowi.
Technologia nie zniknęła. Ona ewoluowała. Smartwatche przejęły pałeczkę powiadomień. Okulary do rzeczywistości rozszerzonej innych firm podjęły pałeczkę. Zestawy słuchawkowe Apple Vision Pro i Meta Quest ponownie przesuwają granice. Zmienia się współczynnik kształtu. Główne pytanie pozostaje takie samo. Jak możemy zintegrować moc obliczeniową z naszym codziennym życiem, nie tracąc przy tym prywatności? Albo powód?
Osobliwość może nie być pojedynczym momentem. Może to być powolna penetracja. Kawałek po kawałku. Urządzenie po urządzeniu. Szkło było wczesnym ostrzeżeniem. Prototyp przyszłości, w której świat cyfrowy i fizyczny zacierają się. Nie udało się w swojej pierwotnej formie. Jednak pytanie, które zadał, jest nadal aktualne. Gdybyś tylko mógł zobaczyć świat pokryty danymi. Czy chciałbyś tego? I co ważniejsze. Jak wyglądałby świat, gdyby wszyscy mieli takie same poglądy?
Jak Google Glass normalizuje stały nadzór
Google Glass nie tylko wprowadziło nowe urządzenie do noszenia; wywróciło do góry nogami tradycyjną dynamikę mocy nadzoru. Urządzenie, wyposażone w wyświetlacz montowany na głowie i wbudowaną kamerę, przeniosło rolę obserwatora z odległego autorytetu na samego użytkownika. Konsekwencje tego są przerażające. Zamiast dystopijnego państwa narzucającego monitorowanie z góry, stoimy przed przyszłością, w której nadzór osobisty jest zdecentralizowany. Armia użytkowników potencjalnie rejestrujących każdą interakcję tworzy wszechobecny ślad cyfrowy, który jest trudniejszy do uregulowania niż szpiegostwo rządowe.
Dlaczego prywatność dominuje w dyskusji o szkle
Głównym punktem spornym, gdy Google wszedł na rynek sprzętu, była prywatność. Zdolność urządzenia do dyskretnego przechwytywania wideo i obrazów natychmiast rodzi pytania etyczne. Gdzie wyznaczamy granicę? Czy można nagrać osobę w metrze bez jej wiedzy? A co z miejscami poufnymi, takimi jak gabinety lekarskie czy szatnie?
Odpowiedź Google była niewystarczająca. Twierdzili, że mały wskaźnik LED pokazuje, kiedy trwa nagrywanie. Stwierdzili, że aby zrobić zdjęcie, użytkownik musi spojrzeć na obiekt i mrugnąć, co rzekomo gwarantuje wyraźne i zamierzone działanie. Ta logika ma niewielkie poparcie w praktyce. Wymóg „mrugania” można ominąć, a światło można łatwo zignorować lub ukryć. W rezultacie powstało urządzenie, które ze względu na swoją konstrukcję (a przynajmniej łatwość obsługi) pozwala na ukryte nagrywanie.
Zakaz używania Google Glass w miejscach publicznych
Odrzucenie było natychmiastowe i namacalne. Różne placówki w całych Stanach Zjednoczonych wprowadziły zakazy.
* Kasyno
* Bary
* Kina
Instytucje te powoływały się na prywatność i bezpieczeństwo. Niepokój wywoływał nie tylko sam fakt bycia nagrywanym, ale także poczucie bycia obserwowanym. Gdy użytkownik nosi okulary, inne osoby nie mają możliwości sprawdzenia, czy są nagrywane. Ta niepewność wywołuje efekt mrożący w zachowaniach społecznych. Ludzie zachowują się inaczej, gdy podejrzewają, że są śledzeni, nawet jeśli w rzeczywistości nie są nagrywani. Sama możliwość inwigilacji zmienia umowę społeczną.
Ryzyko związane z rozpoznawaniem twarzy i agregacją danych
Bardziej złożone zagrożenie pojawia się, gdy Glass łączy się z technologiami mediów społecznościowych i rozpoznawania twarzy. Programiści badają aplikacje, które mogą identyfikować nieznajomych w czasie rzeczywistym. Wyobraź sobie, że idziesz ulicą i widzisz wyskakujący profil osoby obok Ciebie, pobrany z Facebooka lub LinkedIn. Dzięki temu każda interakcja publiczna staje się potencjalnym naruszeniem bezpieczeństwa danych.
Google oficjalnie odrzuciło integrację rozpoznawania twarzy w Glass. Jednak ich portfolio patentowe opowiada inną historię. Opatentowali technologię śledzenia wzroku zaprojektowaną w celu monitorowania, gdzie użytkownicy patrzą w świecie fizycznym. Model biznesowy jest tutaj jasny: pobieranie opłat od reklamodawców w oparciu o model pay-per-view. Wykracza to poza bierne rejestrowanie i obejmuje aktywną analizę behawioralną. Oblicza uwagę w czasie rzeczywistym, łącząc lokalizację fizyczną z reklamą cyfrową. Potencjał reklamy ukierunkowanej opartej na tym, na co dokładnie patrzysz i kiedy na to patrzysz, oznacza znaczną eskalację gromadzenia danych.
Nie chodzi tylko o to, kto nagrywa, ale o to, co to nagranie robi z Twoim wizerunkiem i uwagą.
Od urządzeń do noszenia po przestworza: zagrożenie dronami
Schemat nadzoru zmienia się ponownie, gdy opuszczamy poziom ulicy. Jeśli Glass reprezentuje mikronadzór jednostki, to drony reprezentują makronadzór przestrzeni publicznej. Technologia jest skalowalna. Jeden użytkownik Glassa może nagrywać wiele interakcji. Dron może z powietrza monitorować teren, protest czy własność prywatną
Przepaść między polem bitwy a salonem nigdy nie była większa. Operator CIA siedzi w klimatyzowanej kabinie w Wirginii. Na ekranie obserwuje nocne niebo Pakistanu. Lata prawie cichym dronem Predator. Wykrywa cel. Następnie wystrzeliwuje rakiety Hellfire. Odległość wynosi tysiące mil. Akcja dzieje się natychmiast.
Urzędnicy nazywają to „czystszym” typem interakcji. Biały Dom aktywnie promuje tę narrację. Ale rzeczywistość na ziemi opowiada inną historię. Pojawiają się pytania dotyczące zabójstw sankcjonowanych przez państwo. W szarej strefie zdarzają się także nieuniknione przypadki śmierci, gdy w krzyżowym ogniu giną niewinni cywile.
Jeśli drony wojskowe stanowią problem, domowe drony szpiegowskie są przerażające.
Walka o regulację dronów komercyjnych
Kongres nie zignorował konsekwencji dla prywatności. W 2012 roku uchwalił ustawę zobowiązującą Federalną Administrację Lotniczą (FAA) do opracowania przepisów dotyczących dronów komercyjnych i policyjnych w amerykańskiej przestrzeni powietrznej. Celem była integracja, a nie prohibicja.
Burmistrz Nowego Jorku Michael Bloomberg przewidział to. Powiedział, że drony unoszące się nad amerykańskimi miastami są „nieuniknione”. Organy ścigania są głodne tych technologii. Nadzór podejrzanych z powietrza wydaje się skuteczny. Zmniejsza to ryzyko dla funkcjonariuszy policji.
Zwolennicy prywatności nie zgadzają się z tym. Widzą śliskie zbocze. Celowa obserwacja to jedno. Obojętne, całodobowe szpiegowanie wszystkich to coś zupełnie innego. Granica między nimi jest cienka. I właśnie teraz się to krzyżuje.
Drukarki 3D: fabryka komputerów stacjonarnych
A teraz zmieńmy temat. Z nieba na stół.
Panuje tu szczególny niepokój. Tu nie chodzi o monitoring. Chodzi o własność. Chodzi o to, kto kontroluje środki produkcji.
Drukarki 3D pojawiają się na scenie.
Technologia ta ma szansę zrewolucjonizować produkcję. Wyobraź sobie, że drukujesz własne części zamienne. Twoje własne narzędzia. Twoje własne zabawki. Lub, co bardziej kontrowersyjne, twoją własną bronią. Jeśli te urządzenia nie zostaną najpierw zakazane, na zawsze zmienią sposób, w jaki tworzymy.
Strach nie dotyczy tylko kradzieży własności intelektualnej. Mówimy o decentralizacji. Kiedy każdy może wyprodukować cokolwiek, stare modele kontroli załamują się. Fabryka nie jest już miejscem. To maszyna na twoim biurku.
Ta zmiana rodzi trudne pytania. Jak regulować przedmioty, które można stworzyć w sypialni? Kto jest odpowiedzialny za awarię drukowanej części? A co się stanie, gdy rozróżnienie między konsumentem a producentem całkowicie zniknie?
Debata o dronach dotyczy władzy nad ludźmi. Debata na temat drukarek 3D dotyczy władzy nad stworzeniem. Obydwa procesy przekształcają świat. Po prostu zupełnie inny.
Ciemna strona produkcji cyfrowej
Lubimy myśleć o MakerBot Replicator 2 jako o cudzie zdemokratyzowanej produkcji. Ładujesz do niego żarnik, pobierasz plik, a wychodzi zabawka, przekładnia do turbiny lub zadziwiająco dokładne popiersie własnego tyłka. Bez wątpienia jest to ogromny krok naprzód w produkcji na małą skalę. Ale to samo udogodnienie otwiera puszkę Pandory. Dzięki tej technologii tworzymy coś więcej niż tylko produkty. Tworzy broń.
Zagrożenie nie jest teoretyczne. Stało się to w 2011 roku. Syndykat przestępczy wykorzystał druk 3D do odtworzenia plastikowej obudowy czytnika kart bankomatowych. Umieścili tę fałszywą skórę na prawdziwych urządzeniach. Ofiary włożyły swoje karty. System przechwycił dane. Bandyci uciekli z ponad 400 000 dolarów. Plastikowy panel przedni był tylko naczyniem. Kradzież miała charakter cyfrowy.
Potem pojawiła się broń.
W 2013 roku Cody Wilson, student prawa na Uniwersytecie w Teksasie, przedstawił Liberator. Był to w pełni funkcjonalny pistolet .380. Wydrukowano w całości z tworzywa sztucznego. Brak części metalowych. Bez tradycyjnej produkcji. Tylko plik cyfrowy i maszyna.
Dlaczego to ma znaczenie? Detektory metali. Opierają się na przewodności elektrycznej. Szukają stali. Broń plastikowa całkowicie omija ten poziom bezpieczeństwa. Wilson powiedział Forbesowi, że zagrożeniem nie jest tylko sama broń. Było w obiegu. „Wszędzie tam, gdzie jest komputer i połączenie z Internetem, istnieje możliwość zdobycia broni” – powiedział.
Możesz pobrać rysunek. Możesz go wydrukować w swoim garażu. Omijasz łańcuch dostaw. Pomijasz sprawdzanie przeszłości. Pomijasz wykrywanie.
To prowadzi nas do kolejnej technologii, która obiecuje autonomię, ale wprowadza chaos. Przechodzimy od drukowania obiektów do drukowania wyników. Ale co się stanie, gdy kontrolująca cię maszyna zdecyduje, że nie jesteś już częścią równania?
3: Samochody autonomiczne
Przejście od produkcji fizycznej do mobilności autonomicznej opiera się na tej samej logice. Zamieniamy kontrolę na wygodę. Przekazujemy klucze do algorytmu. I podobnie jak drukarka 3D, kod jest open source. Pliki są dostępne do pobrania. Potencjał nadużyć jest wbudowany w architekturę.
Pytanie nie brzmi, czy będą istnieć samochody autonomiczne. Są już na drogach. Pytanie brzmi, kto kontroluje logikę. Kto pisze protokoły bezpieczeństwa? A co się stanie, gdy ten kod zostanie naruszony?
Na całym świecie wypadki drogowe pochłaniają każdego roku około 1,3 miliona ofiar śmiertelnych. W USA koszty mierzy się czasem: przeciętny kierowca spędza w korkach średnio 38 godzin w roku. To stracony tydzień produktywności dla każdego kierowcy.
Autonomiczny samochód Google’a ma rozwiązać oba te problemy. Cel jest prosty: użyj algorytmów, aby zapobiegać wypadkom i zapewnić płynność ruchu. System opiera się na Google Chauffeur, pakiecie oprogramowania wykorzystującym dane GPS i montowanym na dachu skanerze LiDAR. Czujniki te umożliwiają samochodowi mapowanie otoczenia i reagowanie na inne pojazdy w czasie rzeczywistym.
Do 2013 roku projekt był jeszcze w fazie testów beta. Jednak dziesiątki takich prototypów robotów przejechały już po drogach Kalifornii i Nevady.
Problem z transferem sterowania
Największym ryzykiem nie jest awaria oprogramowania. Jest to przejście z trybu autonomicznego z powrotem do sterowania ręcznego. Google Chauffeur spokojnym głosem ostrzega kierowcę o konieczności interwencji. Sytuacje takie jak wjazd na autostradę lub przejazd drogą płatną wymagają interwencji człowieka.
Inżynierowie wciąż obliczają dokładny czas ostrzegania wymagany do przekazania kontroli. Co się stanie, jeśli kierowca zaśnie podczas przejazdu? Scenariusz jest ponury. Wyobraź sobie, że budzisz się za kierownicą SUV-a pędzącego z prędkością 65 mil na godzinę prosto w stronę punktu poboru opłat. Coraz mniej osób chce przebywać w tym punkcie poboru opłat.
Geoinżynieria
Podczas gdy samochody autonomiczne rozwiązują problemy związane z mobilnością, geoinżynieria próbuje bezpośrednio przeciwdziałać zmianom klimatycznym. Koncepcja zakłada zakrojoną na szeroką skalę interwencję w naturalne systemy Ziemi w celu przeciwdziałania globalnemu ociepleniu. Dostępne są różne metody, od wstrzykiwania cząstek odblaskowych do stratosfery po nawożenie oceanów w celu stymulacji wzrostu glonów pochłaniających węgiel.
Krytycy twierdzą, że manipulowanie klimatem planety jest zbyt ryzykowne. Zwolennicy twierdzą, że nie mamy wyboru, jeśli cele w zakresie emisji nie zostaną osiągnięte. Debata pozostaje spolaryzowana – naukowcy ostrzegają przed niezamierzonymi konsekwencjami, a zwolennicy opowiadają się za pilnymi działaniami.
Współczesny świat został zbudowany na węglowodorach. Transport zmotoryzowany, planetarne sieci elektryczne i linie montażowe nie tylko zmieniły sposób, w jaki żyjemy; zmieniły skład chemiczny powietrza, którym oddychamy. Są to główne źródła emisji CO2. Kiedy jednak wola polityczna słabnie, a światowi przywódcy wzruszają ramionami na myśl o skali kryzysu, na scenie pojawia się kolejna grupa.
Geoinżynieria wchodzi na scenę.
Brzmi jak science-fiction. W rzeczywistości nie jest to prawdą. Jest to desperackie i ryzykowne założenie ze strony niektórych uczonych, którzy uważają, że dyplomacja dobiegła końca. Założenie jest brutalnie proste: jeśli nie możemy wystarczająco szybko zatrzymać emisji, zredukujmy planetę do czegoś, co będzie akceptowalne. Polega to na sztucznym chłodzeniu atmosfery poprzez blokowanie światła słonecznego lub „wypompowywanie” nadmiaru dwutlenku węgla. Metody są kreatywne. Są też przerażające. I niesamowicie drogie.
Zarządzanie promieniowaniem słonecznym: oślepianie słońcem
Najbardziej dyskutowane podejście obejmuje zarządzanie promieniowaniem słonecznym (SRM). Logika jest prostacka, ale elegancka. Jeśli słońce jest zbyt gorące, załóż parasol. W tym przypadku parasol jest warstwą odblaskowych aerozoli w górnych warstwach stratosfery.
W szczególności naukowcy badają możliwość wstrzykiwania dwutlenku siarki do atmosfery. Symuluje efekt chłodzenia potężnych erupcji wulkanów, które w naturalny sposób uwalniają cząsteczki odbijające światło słoneczne z powrotem w przestrzeń kosmiczną. Pomysł? Rozpyl mgiełkę chemiczną i obserwuj spadek globalnej temperatury. To jest klimatyzator planetarny.
Ale nie da się uciec przed prawami fizyki. Blokowanie światła słonecznego nie usuwa CO2. Gazy cieplarniane nadal utrzymują się w powietrzu, zatrzymując ciepło. Po prostu obniżasz termostat, a dom nadal wypełnia się dymem. A kto steruje tym termostatem? Jeśli jeden kraj zdecyduje się ochłodzić swój region, odbijając więcej światła, może niechcący odebrać deszcz swojemu sąsiadowi. Opryski na półkuli północnej mogą zakłócić monsuny po drugiej stronie planety, pozbawiając rolnictwo w Azji i Afryce wilgoci.
Zakwity glonów i nawożenie żelazem
Potem jest ocean. Jest to ogromny pochłaniacz dwutlenku węgla, ale jego zdolność pochłaniania jest ograniczona. Sugeruje się, aby zmusić go do cięższej pracy. Naukowcy proponują wsypywanie opiłków żelaza do ubogich w składniki odżywcze obszarów oceanu. Żelazo jest czynnikiem ograniczającym rozwój fitoplanktonu na rozległych obszarach morskich. Dodaj żelazo, a otrzymasz kwiaty. Glony rozmnażają się, przeprowadzają fotosyntezę i pochłaniają CO2 z atmosfery. Kiedy umierają, część tego węgla opada na dno oceanu, skutecznie go tam blokując.
Brzmi jak naturalne rozwiązanie. W rzeczywistości nie jest to prawdą. Niekontrolowane zakwity glonów są już koszmarem na obszarach przybrzeżnych. Rozkładając się, zużywają tlen, tworząc ogromne martwe strefy, w których nic nie może przetrwać. Wprowadzenie żelaza na skalę wystarczającą, aby mieć znaczący wpływ, może spowodować załamanie środowiska, którego jeszcze nie rozumiemy. Bawimy się w Boga z łańcuchem pokarmowym i linia bazowa się zmienia.
Rozjaśnianie chmur i sztuczne lasy
Nie wszystkie propozycje dotyczą stratosfery lub głębin morskich. Niektóre pozostają bliżej powierzchni. Jedna z metod polega na rozpylaniu drobnej mgiełki wody morskiej w nisko położone chmury morskie. Cząsteczki soli działają jak jądra kropelek wody, dzięki czemu chmury są jaśniejsze i bardziej odblaskowe. Większe odbicie oznacza, że mniej energii słonecznej dociera do powierzchni Ziemi. Jest to dostrojenie o potencjalnie globalnych konsekwencjach
W przeciętnym miesiącu 2013 roku ponad 380 milionów unikalnych użytkowników klikało witryny należące do Google i Yahoo. Na tę wielkość ruchu składało się coś więcej niż tylko kliknięcia. Były to e-maile wysłane za pośrednictwem Gmaila. Tabele zapisane w Dokumentach Google. Wiadomości błyskawiczne pisane w Yahoo Messenger. Wszystkie te dane były przechowywane w „chmurze” – rozległej sieci serwerów i centrów danych, która wydawała się odległa, abstrakcyjna i bezpieczna. Większość osób zakładała, że ich dane osobowe zostały zaszyfrowane. Chroniony przed wzrokiem ciekawskich. Mylili się.
Edward Snowden zmienił to postrzeganie z dnia na dzień. Były wykonawca Agencji Bezpieczeństwa Narodowego (NSA) w 2013 r. ujawnił szczegóły wskazujące, że amerykańska agencja szpiegowska aktywnie przeczesywała e-maile, historie przeszukiwań i rejestry rozmów telefonicznych milionów niewinnych ludzi. Celem była identyfikacja potencjalnej działalności terrorystycznej. Metoda była inwazyjna.
Program PRISM i nakazy sądowe
NSA prowadziła tajny program o nazwie PRISM. Inicjatywa ta pozwoliła agencji ominąć konieczność pozyskiwania indywidualnych warrantów i skierować swoje działania do całych spółek. NSA uzyskała zgodę sądu na zmuszenie gigantów technologicznych, takich jak Google i Yahoo, do przekazywania danych dotyczących zagranicznych użytkowników sieci. Ten mechanizm prawny usunął anonimowość wszystkich osób, które wchodziły w interakcję z tymi platformami z zagranicy.
Ale program nie ograniczał się tylko do orzeczeń sądowych. NSA potajemnie łączyła się także z serwerami chmurowymi Google i Yahoo. Zrobiło to bez wiedzy i zgody firm. Infrastruktura przechowująca dane użytkowników była faktycznie otwarta dla służb wywiadowczych. Krytycy argumentowali, że jest to ewidentnie niezgodne z konstytucją. To naraziło każdego nieświadomego użytkownika Internetu na całkowitą inwigilację. Koncepcja prywatności w pamięci cyfrowej wyparowała dla milionów ludzi.
Rzeczywistość nadzoru cyfrowego
To przerażające. To przypomina inwazję. Ale praktyczny wniosek jest jasny. Należy założyć, że cała Twoja aktywność online jest przez kogoś zbierana. Czy to Twój dostawca usług internetowych rejestruje Twój ruch? Czy to Google tworzy profil Twoich zainteresowań? Lub jest to tajny rządowy program nadzoru, który ma bezpośredni dostęp do Twoich danych. Nie ma gwarantowanej ochrony. Architektura współczesnego Internetu przedkłada zachowanie danych nad anonimowość użytkowników.
Dobranoc. Nie pozwól, aby Wielki Brat cię ugryzł. Dane już tam są.




























